Biblia, Nowy Testament, Stary Testament, polskie przekłady, przemyślenia.
Kategorie: Wszystkie | Przekłady Biblii | Przemyślenia | Psalmy
RSS
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Nie zawsze łatwo jest wyjaśnić, jak tekst biblijny w nas rośnie, osadza się i w końcu zaczynamy nim oddychać (choć niekoniecznie żyć, do tego trzeba wielu, wielu oddechów).

Niemal już dwa lata temu zacząłem plan przeczytania w całości całej Biblii - najpierw Nowego, potem Starego Testamentu.  Zacząłem od Ewangelii Marka i Mateusza. Czytałem analitycznie - jedną perykopę czy fragment rozdziału dziennie, wspierałem się komentarzami i fragmentami kursu biblijnego jezuitów. Szło opornie. Bo same historie ewangeliczne w większości znałem z czytań mszalnych czy też wcześniejszego czytania fragmentów.

Codziennie przełamywałem się aby nie czytać więcej i aby jednak skupić się na jednym fragmencie.  I co chwilę musiałem się zatrzymywać i pytać - zaraz czy na pewno ja to rozumiem? Czy już mogę przejść dalej? Skoro tak siedzę i siedzę, a fragment mi już NIC WIĘCEJ nie mówi, chyba jest OK? A może nie? Ale czemu znowu o tym samym? Co tu analizować, historie są proste, a ja chcę iść dalej!

Przeczytałem w końcu Ewangelie, przeczytałem w końcu cały Nowy Testament. Ale dopiero wtedy zacząłem sobie uświadmiać, że to był dopiero początek. Że zaledwie poznałem tekst w jego podstawowej warstwie. Że zaledwie pływałem po powierzechni. Wiem co znaczy, wiem o co chodzi w danym fragmencie, wiem jakie są następstwa ewanglicznych wydarzeń. I uświadomiłem sobie, jak dużo jeszcze przede mną. Jak ten tekst czeka na odkrycie jego głębszych i głębszych warstw, a jednocześnie wymaga znacznie szerszego spojrzenia niż z punktu widzenia pojedynczych perykop czy rozdziałów.

Dopiero gdy zacząłem Ewangelie czytać przy różnych okazjach ponownie, zacząłem się przekonywać jakie są między nimi różnice. Można teoretycznie się nauczyć - że Marek pisał dla jednych ludzi, Mateusz dla innych, Łukasz jeszcze dla innych, że Łukasz i Mateusz korzystali z Marka itd. Ale poczuć i posmakować tę różnorodność przez samo zetknięcie się z tekstem - to już co innego.

Alfred Läpple w swojej rewelacyjnej książce, ''Od Księgi Rodzaju do Ewangelii'' porównuje każdą z Ewangelii do dzieł czterech kompozytorów muzyki klasycznej. Laik nie będzie rozróżniał między Mozartem, Beethovenem, Czajkowskim i Rachmaninowem. Jednak dla melomana, każdy z kompozytorów miał będzie swój unikalny styl, od razu rozpoznawalny i dający się opisać. No i wielu będzie miało swoich ulubionych kompozytorów, ja np. osobiście najbardziej lubię Czajkowskiego.

I powoli, powolutku, poprzez niedoskonałość przekładów, które często zacierają te różnice - unikalność każdej z Ewangelii zaczyna się do mnie przesączać. Jak przy wywoływaniu zdjęć - zaczynam powoli widzieć twarde kontury mówionego języka Marka, monotonne i pełne powtórzeń - ale jakże mocne - opisy Jana, kunsztowność języka Łukaszowego czy skomplikowane struktury mów Jezusa u Mateusza.

Do wybranych fragmentów wracam już nie czytając ich analitycznie, tylko zanurzając się w słowo, nie zwracając uwagi że czytam ponownie jeden fragment, albo że przeskoczyłem gdzieś dalej. Jak pływak, który nie przejmuje już się oporem wody tylko płynie w kierunku, który sobie wybierze, tak poruszam się w Ewangelii. Z tym, że nie muszę wynurzać się, aby nabrać oddech, bo właśnie ta substancja Bożego słowa ma bardzo, bardzo dużą zawartość duchowego tlenu.

Z wytęsknieniem czekam na dalsze spotkania ze Słowem, które pozwolą mi jeszcze bardziej doskonalić swoje umiejętności. Wciąż listy Pawłowe czy Apokalipsa straszą głębokością  i wirami. Nie mówiąc już o Starym Testamencie (obecnie 2 Księga Królewska), gdzie i grzęzawiska i podwodne skały czasem mnie skutecznie osadzają. Ale pamiętając swoje doświadczenia z Ewangelią wiem, że to tylko na początku, później prawie na pewno będzie łatwiej.
poniedziałek, 07 kwietnia 2008

Kiedy powstały Dzieje Apostolskie?

Tradycja określała to jasno: podczas pobytu Pawła w Rzymie – w latach 60. – co też tłumaczy w zasadzie brak ich zakończenia. Współcześni badacze rozwiewają te założenia i mówią: lata 80-90, a może nawet później.

Daczego brak tego zakończenia? Dlaczego dowiadujemy się o pobycie Pawła w Rzymie – i nic więcej?

Istnieje kilka wyjaśnień.

Zgodnie z tradycją – Dzieje zostały doprowadzone do momentu współczesnego autorowi.

Istnieje też teoria, że ostatnie strony Dziejów po prostu się nie zachowały, ewentualnie obecne zakończenie jest zakończeniem – ale tylko rozdziału, a nie całości. Może Łukasz nie zdążył skończyć całości, bo np. coś mu przeszkodziło?

Co innego twierdzi wyjaśnienie teologiczne. Łukasz urwał pisanie Dziejów nie chcąc pokazywać wszystkiego co działo się potem – jak choćby śmierci Pawła czy Piotra i masowych prześladowań za czasów Nerona. To była współczesność, o której dobrze wiedziano, a celem Łukasza było pokazanie początków Kościoła i przyczyn ostatecznego rozbratu z judaizmem, który w latach 80 był już oczywisty.

Zadziwia jednak parę spraw.

1. Dlaczego traktuje się świątynię jerozolimską jako rzeczywistość istniejącą – taką była w latach 60 pierwszego wieku. Ale w latach 80-90 po świątyni zostały gruzy. O ile z Ewangelii Łukasza można przypuszczać, że jej autor wiedział już o zniszczeniu Jerozolimy, z Dziejów to bynajmniej nie wynika.

2. W historii podróży Pawła autor mówi w pierwszej osobie, jednoznacznie sugerując, że brał w nich udział – sama relacja spisana jest jak pamiętnik podróży. Czy można zakładać, że za łączenie tych wspomnień (oraz wcześniejszych źródeł -  jak wynika z badań słowno-statystycznych początek Dziejów i mowy apostołów pochodzą od innego autora) Łukasz (lub ktoś inny) zabrał się dopiero w 20-30 lat po wydarzeniach w nich opisanych?

Moim zdaniem, nie ma przyczyny, dla której należałoby przesuwać  powstanie Dziejów poza lata 60. Sugestie współczesnych biblistów bardziej wynikają z niechęci do wczesnego datowania pism nowotestamentalnych niż z racjonalnych przesłanek.

21:58, vroobelek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 kwietnia 2008

Podobno czytając współczesnych teologów, trzeba się mocno trzymać, aby nie stracić wiary. Niektórzy z tych teologów sami w konsekwencji swoich rozważań wiarę tracą.

Tak stało się z byłym już księdzem Tomaszem Węcławskim - uznawanym za człowieka genialnego i jednego z najwybitniejszych polskich teologów, specjalizującego się w chrystologii. Jadąc do pracy słucham nagrań z jego wykładów z cyklu "Uniwersum pierwszych chrześcijan – rekonstrukcja i znaczenie krytyczne". Jest też streszczenie na stronie profesora. Wykład porusza niezwykle ciekawą tematykę - próbę wejścia w to, co pierwsi chrześcijanie wiedzieli o Jezusie, jak kształtowały się pierwsze tradycje, które potem zmieniły się w prawdy wiary.

Nie jestem teologiem. Wiele rzeczy w tych wykładach jest dla mnie nowych, odkrywczych, czasami obrazoburczych. Ale czasami widzę też ewidentne próby dopasowania istniejącej rzeczywistości do założonej tezy. Według Węcławskiego - mówiąc bardzo skrótowo - Jezus nie jest Bogiem. Jest człowiekiem, który przegrał, pozostawszy niezrozumiany, a jego ostatnią porażką miało być jego wyniesienie do godności boskiej przez pierwszych chrześcijan. 

Przytoczę jeden z fragmentów wspomnianego wyżej streszczenia: 

Proces „ucudownienia” obrazu Jezusa rozpoczął się bardzo prędko – zapewne już za jego życia. Rozpoczął się też nie bez przyczyny w nim samym i w jego działaniu – ponieważ nie ulega wątpliwości, że Jezus „miał moc” – że w taki sposób odnosił się do ludzi chorych, w szczególności do chorych psycho-somatycznie, iż odniesienie to przynosiło im wyzwolenie. Chodzi m.in. o choroby, które wówczas uznawano za opętania przez złego ducha (choroby psychiczne i epilepsja), ale także choroby somatyczne uwarunkowane sytuacjami / przeżyciami psychicznymi – przykłady z ewangelii: uschła ręka, powtarzający się krwotok, niemożliwość wyprostowania pleców. Nie musimy w tym miejscu analizować szczegółowo charakteru odniesienia Jezusa do chorych i rodzaju wpływu, jaki w tej dziedzinie wywierał.

Nie ulega wątpliwości - pisze Węcławski - że Jezus miał moc pomagania ludziom chorym. Pomagał chorym psychicznie i na epilepsję, i na krwotoki, i na paraliż. Niech będzie, choć tutaj Węcławski sprowadza Jezusa do roli zwykłego uzdrowiciela, może bioenergoterapeuty. 

Cały problem w tym, że autor "zapomina" w tym momencie o chyba najbardziej spektakularnych uzdrowieniach. Zapomina o niewidomych. Ślepota to nie jest choroba psychosomatyczna, którą można wyleczyć pozytywnymi prądami. 

Możemy w świetle tego co pisze teolog przyjać dwie możliwości:

1. Że owszem, cztery Ewangelie piszą zgodnie o leczeniu niewidomych, jest to jednak teologiczna konstrukcja, która dodana była później. Np u Jana ślepy pogrążony jest w ciemności - ulubiona Janowa metafora. Wcześniej Jezus leczył wyłącznie "normalne" choroby.

2. Że jeśli przyjmiemy prawdziwość relacji ewangelicznej dotyczącej uzdrowień z normalnych chorób, to nie możemy arbitralnie odrzucać uzdrowień wśród niewidomych.

Nie wiem, może historia form i tradycji  (metody stosowane w krytyce biblijnej) doszły już do opcji numer jeden - niestety Węcławski nam tego nie wyjaśnia. Jeśli zaś przyjmiemy opcję drugą - to cała teoria o "ucudownieniu" działań Jezusa po jego śmierci sypie się jak domek z kart.

22:46, vroobelek
Link Komentarze (4) »
eXTReMe Tracker