Biblia, Nowy Testament, Stary Testament, polskie przekłady, przemyślenia.
Kategorie: Wszystkie | Przekłady Biblii | Przemyślenia | Psalmy
RSS
piątek, 08 sierpnia 2008

Uważam, że każdy, kto zaczyna na poważnie czytać Ewangelie, musi w pewnym momencie dojść do synopsy. Czym są synopsy ewangeliczne? Są to zestawienia tekstów z Ewangelii Mateusza, Marka i Łukasza czyli tzw. synoptycznych, wraz z ew. fragmentami Ewangelii Janowej.

Przy pomocy synopsy możemy zobaczyć różnice między Ewangeliami, np. co od Marka brał Mateusz, albo jak "upiększał" Markową stylistykę Łukasz. Nie jest to tylko ćwiczenie literackie. Każda z tych ksiąg ma swoją specyfikę, cel, dla której powstawała i w każdej poznajemy nieco inne oblicze Jezusa i jego nauki. Dodam - bardziej spójne. To, jakie mamy czasami wrażenie z niedzielnych czytań przypomina sytuację, w której bierzemy 4 zdjęcia i za pomocą jakiegoś programu łączymy je w jedno. To zdjęcie "idealne", ale nie realne.  

Synopsy są ważne, ale pierwsze takie zestawienie w Polsce ukazało się dopiero w drugiej połowie XX wieku.

Synopsa ks. Eugeniusza Dąbrowskiego

Pierwsza była Synopsa łacińsko-polska czterech ewangelii (Pallotinum, Poznań 1955). Jej autorem był ks. Eugeniusz Dąbrowski, wybitny (choć i kontrowersyjny) biblista, który wykorzystał tekst Nowego Testamentu w swoim przekładzie. Była to synopsa dwujęzyczna: po jednej stronie (formatu A4) znajdował się przekład łaciński Wulgaty, po drugiej - przekład polski.

Nakład - tylko 5000 egzemplarzy - od dawna to biały kruk. Trochę żałuję, że kiedyś widziałem to wydanie na Allegro i to dość tanio (około 10 złotych) i ... nie kupiłem, bo stwierdziłem że na taki ogromny tom nie ma miejsca na mojej półce...

Synopsa bp Kazimierza Romaniuka

Synopsa polska czterech ewangelii (Wydawnictwo Wrocławskiej Księgarni Archidiecezjalnej, Wrocław 1985) to poręczne zestawienie opracowane przez biskupa Kazimierza Romaniuka. Bp Romaniuk wykorzystał swoje tłumaczenie Nowego Testamentu (wydanie III, Poznań 1984), które później stało się podstawą Biblii Warszawsko-Praskiej. Język jest więc bardzo ładny literacko, ale nie zawsze jest to tłumaczenie dosłowne. Nie jest to jednak duża wada. 

To bardzo przydatne, niewielkich rozmiarów wydanie, które można nawet nosić ze sobą. Książeczka dosyć często pojawia się na Allegro, można znaleźć poniżej 10 złotych. Mam i zdecydowanie polecam!

Synopsa Michała Wojciechowskiego

Synopsa czterech Ewangelii w nowym przekładzie polskim (Vocatio, Warszawa 1997) została przygotowana przez Michała Wojciechowskiego. Profesor Wojciechowski jest ciekawym człowiekiem, bo polska teologia katolicka została - chyba niestety - zdominowana przez księży, on zaś jest całkowicie osobą świecką. Pozwala mu to chyba na znacznie większą swobodę wypowiedzi.

Książka zawiera 367 tablic z odnośnikami, zgrupowanych w 18 częściach odpowiadających etapom życia Jezusa i głównym sekcjom Ewangelii. Ogólny schemat zainspirowany grecką synopsą Kurta Alanda, z modyfikacjami niezbędnymi z punktu widzenia polskiego biblisty. Według autora, nowy przekład jest bardziej dosłowny niż inne współczesne, co lepiej zachowuje siłę i piękno oryginału.

Synopsę wydało Vocatio, jest dostępna w większości dobrych sklepów za około 40 złotych. Nie mam, choć może sobie kupię, gdy tylko moje półki biblioteczne się powiększą.

Synopsa Krzysztofa Sykty

Ostatnia synopsa autorstwa Krzysztofa Sykty nie ukazała się nigdy w postaci papierowej i znajduje się tylko w Internecie. Zestawienie synoptyczne ewangelii w nowym przekładzie świeckim powstało w 1997, od 2002 kolejne wersje publikuje portal Racjonalista.pl. Początkowo podstawą dla synopsy był tekst Biblii Warszawskiej; następnie opierając się na tekstach greckich autor stworzył przekład własny.

Sykta we wprowadzeniu do synopsy twierdzi: 

W efekcie powstało tłumaczenie, którą nazwać można pierwszym przekładem świeckim, nie skażonym katolicką lub jakąkolwiek inną dogmatyką. Powstał przekład maksymalnie oczyszczony z późniejszych dodatków (w tym również, a raczej przede wszystkim, z dodatków i zniekształceń polskich tłumaczy), przekład, który ujawnił tychże wstawek znacznie więcej, dzięki dokładnemu zestawieniu poszczególnych zdań.

Racjonalista to portal agnostyków i ateistów, podobne nastawienie ma autor - próbuje za pomocą synopsy udowodnić różne swoje teorie na temat powstania Ewangelii, np. że powstały w II wieku n.e. Jest to pogląd już dzisiaj praktycznie niespotykany wśród naukowców, więc do jego pracy podchodziłbym ostrożnie, pamiętając że to praca "z tezą".

Uwaga: wykorzystałem artykuł swojego autorstwa z Wikipedii: Polskie synopsy Ewangelii, uzupełniając o własne opinie, których oczywiście na Wikipedii publikować nie można. :-)

poniedziałek, 23 czerwca 2008

Księgi mądrościowe Starego Testamentu potrafią zadziwić. Minęło 2500-3000 lat, a ich rady są nadal aktualne. I to bez konieczności przystosowania czy parafrazy.

Często jest to mądrość uniwersalna, nie ograniczona czysto religijnie. Na przykład Księga Przysłów zawiera powiedzenia przypisywane Salomonowi i innym mędrcom, ale i też fragmenty mające wspólne źródło z egipskimi naukami Amenemope. Nie powinno to budzić niepokoju; to chyba dobrze, że natchniona księga potwierdza to, co mogłoby się wydawać tylko nauką "ludzką". 

Nasza mentalność, niezależnie jak długo jesteśmy chrześcijanami każe nam szukać w słowie Bożym konkretnych porad, "jak żyć". No i właśnie w Księdze Przysłów znajdziemy sporo takich porad. 

Nie wzbraniaj się dobrze świadczyć potrzebującemu,
jeżeli w twojej mocy jest to uczynić.
Nie mów bliźniemu twemu:
- odejdź i przyjdź później, a jutro ci dam - gdy możesz dać zaraz.

Prz 3,27-28 BP

Ten fragment dzisiaj mnie uderzył. Tak się składa, że zwraca się do mnie sporo różnych ludzi z prośbą o pomoc. Nie materialną czy pieniężną, ale związaną z czymś, co obecnie miewa większą wartość. Udzielenie informacji, wysłuchanie, porada. 

I jak często nie mam na to czasu, mówię: przyjdź później, nie wysłucham teraz twojej historii. Czy na pewno to co akurat robię jest tak bardzo ważne? Czy nie mogę poświęcić tych 10-15 minut?

Oczywiście, są granice.  "Jeżeli w twojej mocy jest to uczynić". BT4 tłumaczy: "gdy masz możność działania". Rzeczywiście czasami nie możemy. Ale czy to "nie mogę" nie jest aby wymówką i nie oznacza "nie chcę"?

Septuaginta czyli wersja grecka Biblii dodaje po tym fragmencie: "... bo nie wiesz co dzień jutrzejszy może ci przynieść" - jutro może już nie być szansy na ten dobry uczynek.

18:30, vroobelek
Link Dodaj komentarz »
sobota, 24 maja 2008

Jeden z dramatyczniejszych fragmentów Ewangelii Markowej znajdziemy na początku rozdziału szóstego. Jezus powraca do rodzinnego Nazaretu, już otoczony sławą uzdrowiciela i posłańca Bożego.

I wyszedł stamtąd, i przychodzi do swojej ojczyzny, a jego uczniowie mu towarzyszą. A kiedy nastał szabat, zaczął nauczać w synagodze; i wielu słuchających zdumiewało się mówiąc: „Skąd mu to przyszło, i co to za mądrość jest mu dana. I takie moce działają przez jego ręce. Czy to nie cieśla, syn Maryi, i brat Jakuba i Józefa i Judy i Szymona? I czy jego siostry nie są tu z nami?” I pogubili się z jego powodu. I powiedział im Jezus: „Prorok jest szanowany, ale nie w swojej ojczyźnie, wśród krewnych i w swoim domu”. I nie mógł tam dokonać nic wielkiego, tyle że paru niemocnym nałożył ręce i uzdrowił. I dziwił się z powodu ich niewiary.

Nic wielkiego. Tyle cudownie prosty przekład Węcławskiego. Biblia Tysiąclecia i Warszawska mają już częściowo interpretację: "I nie mógł tam zdziałać (dokonać) żadnego cudu".

Nie mógł. Ten fragment zawsze przypomina o czymś, co mój kościół określa jako współdziałanie człowieka z łaską. Bez naszej zgody i bez naszej decyzji Jezus nie może nas przemienić.

Gdzie jest ten wszechmocny Bóg, którego powstrzymuje zwykła nasza niewiara? Ten Bóg nie chce jednak robić na siłę rewolucji, ten Bóg akceptuje naszą wolność wyboru, czy chcemy iść jego drogami czy raczej swoimi. Od dwóch tysięcy lat przedstawia nam pewną ofertę. Co z nią zrobimy?

Tę historię ewangeliczną rzadko przypomina się w kościołach. Jest pewnie czytana raz na trzy lata, kiedy przyjdzie jej pora - i tyle. Za rzadko. Ilu z nas przestało wierzyć, że Jezus jest w stanie zmienić nasze życie, że jest w stanie naprawdę dokonać czegoś wielkiego?

Tak jak mieszkańcy Nazeretu. Oni Jezusa znali na codzień, nie mogli więc założyć, że czymś ich jeszcze zaskoczy. Czym nas jeszcze może zaskoczyć? Ile lat minęło od naszego chrztu? Ile lat minęło od pierwszego świadomego wyznania wiary? Czy zredukowaliśmy Jezusa do elementu tradycji? Czy traktujemy go jako odległego suwerena, któremu przekazujemy tylko nasze prośby i nie myślimy jaka ma być NASZA odpowiedź na jego słowa?

I wołają ślepego, mówiąc mu: „Odwagi, wstań, woła cię”. A on zrzucił swój płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus mówi mu na to: „Co chcesz, żebym ci zrobił?” A ślepy powiedział mu: „Rabbuni, żebym przejrzał.” A Jezus mu powiedział: „Odejdź, uratowała cię twoja wiara.” No i przejrzał i poszedł z nim w drogę.

poniedziałek, 12 maja 2008

W komentarzu do poprzedniej notki, Nomad zapytał:

Czy mógłbyś napisać, jak czytałeś? Czy w pojedynczym czytaniu zaglądałeś do kilku Ksiąg? I jeszcze - jak dużo na jeden raz? Korzystałeś może z jakiegoś gotowego planu? Zaglądałeś do osobnego komentarza, słownika?

Kilka odpowiedzi na te pytania.

Biurko, a na nim dwie Biblie i herbata

Tak wyglądało kilka dni temu moje biurko podczas czytania drugiego rozdziału Księgi Izajasza. Zadałem niedawno pytanie na pewnym forum - czy można pić herbatę podczas czytania Pisma - i podobno można! :-) Co więcej, jeśli otworzę piwo, też nie będzie to czymś strasznym, wszak liczy się moja postawa wobec czytanej księgi.

Czy w pojedynczym czytaniu zaglądałeś do kilku Ksiąg?

Nie, staram się skupić na jednej, z wyjątkiem głębszej analizy. Niektóre wydania Biblii (wśród polskich szczególnie Biblia Jerozolimska i Warszawska) mają liczne odniesienia do innych ksiąg, które pomagają zrozumieć dany fragment. Z tego korzystam w zależności od czasu jakim dysponuję.

Na pewno przed rozpoczęciem czytania - gdy tego czasu jest sporo - staram się "wystartować" przy pomocy któregoś z Psalmów. Biorę go albo z jednego z moich ulubionych przekładów (Wójcik, Miłosz, Brandstaetter), albo z Liturgii Godzin na dany dzień.

Jak dużo na jeden raz?

To zależy. Jeśli czytam pierwszy raz, raczej wolno, aby nic nie stracić. Ale z kolei skupianie się na każdym zdaniu sprawia, że traci się bardziej ogólną wizję. Wtedy (i sprawdziło się to doskonale przy listach św. Pawła) czytam szybko jeden czy dwa rozdziały - a potem analitycznie wiersz po wierszu.

Ilościowo - poza 1-2 rozdziały staram się nie wychodzić. Chyba, że fragmenty są dosyć nudne (trudno jest czytać z pełnym skupieniem te wszystkie opisy w Księdze Kapłańskiej), albo - gdy bardzo dobrze znam już dany fragment i wielokrotnie go wcześniej czytałem, wtedy daję się porwać i za jednym razem czytam nawet 4 czy 5 rozdziałów.

Korzystałeś może z jakiegoś gotowego planu?

Tak, to temat zresztą na osobną notkę. Generalnie w tym momencie korzystam z planu codziennej lektury Pisma Świętego przygotowanego przez  Jacka Święckiego. Nie zachowuję jednak w pełni kolejności, którą podaje Święcki, nie stosuję jego rekonstrukcji, no i stosuję inne tempo - zwykle nieco szybciej. 

Zaglądałeś do osobnego komentarza, słownika?

Obecnie przy Starym Testamencie korzystam z Biblii Jerozolimskiej i Biblii Poznańskiej (na powyższym zdjęciu).  Oba te wydania dysponują bardzo bogatym komentarzem (to też chyba widać na zdjęciu - księga Izajasza jest niesamowicie opisana w Poznańskiej), który najczęściej nie pozostawia potrzeby zaglądania do innych wydawnictw.

Pomocniczo korzystam

  • z angielskiej "NIV Study Bible" - również sporo komentarza i to często o charakterze dotyczącym zastosowania danego fragmentu,
  • oraz "The IVP Bible Background: Old Testament" - różne historyczne i kulturowe wyjaśnienia fragmentów biblijnych.

Oba te wydawnictwa kupiłem niedawno na Amazonie i ponieważ są 1) godne polecenia 2) znacznie tańsze niż w Polsce, postaram się je w przyszłości opisać.

22:48, vroobelek
Link Komentarze (4) »
poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Nie zawsze łatwo jest wyjaśnić, jak tekst biblijny w nas rośnie, osadza się i w końcu zaczynamy nim oddychać (choć niekoniecznie żyć, do tego trzeba wielu, wielu oddechów).

Niemal już dwa lata temu zacząłem plan przeczytania w całości całej Biblii - najpierw Nowego, potem Starego Testamentu.  Zacząłem od Ewangelii Marka i Mateusza. Czytałem analitycznie - jedną perykopę czy fragment rozdziału dziennie, wspierałem się komentarzami i fragmentami kursu biblijnego jezuitów. Szło opornie. Bo same historie ewangeliczne w większości znałem z czytań mszalnych czy też wcześniejszego czytania fragmentów.

Codziennie przełamywałem się aby nie czytać więcej i aby jednak skupić się na jednym fragmencie.  I co chwilę musiałem się zatrzymywać i pytać - zaraz czy na pewno ja to rozumiem? Czy już mogę przejść dalej? Skoro tak siedzę i siedzę, a fragment mi już NIC WIĘCEJ nie mówi, chyba jest OK? A może nie? Ale czemu znowu o tym samym? Co tu analizować, historie są proste, a ja chcę iść dalej!

Przeczytałem w końcu Ewangelie, przeczytałem w końcu cały Nowy Testament. Ale dopiero wtedy zacząłem sobie uświadmiać, że to był dopiero początek. Że zaledwie poznałem tekst w jego podstawowej warstwie. Że zaledwie pływałem po powierzechni. Wiem co znaczy, wiem o co chodzi w danym fragmencie, wiem jakie są następstwa ewanglicznych wydarzeń. I uświadomiłem sobie, jak dużo jeszcze przede mną. Jak ten tekst czeka na odkrycie jego głębszych i głębszych warstw, a jednocześnie wymaga znacznie szerszego spojrzenia niż z punktu widzenia pojedynczych perykop czy rozdziałów.

Dopiero gdy zacząłem Ewangelie czytać przy różnych okazjach ponownie, zacząłem się przekonywać jakie są między nimi różnice. Można teoretycznie się nauczyć - że Marek pisał dla jednych ludzi, Mateusz dla innych, Łukasz jeszcze dla innych, że Łukasz i Mateusz korzystali z Marka itd. Ale poczuć i posmakować tę różnorodność przez samo zetknięcie się z tekstem - to już co innego.

Alfred Läpple w swojej rewelacyjnej książce, ''Od Księgi Rodzaju do Ewangelii'' porównuje każdą z Ewangelii do dzieł czterech kompozytorów muzyki klasycznej. Laik nie będzie rozróżniał między Mozartem, Beethovenem, Czajkowskim i Rachmaninowem. Jednak dla melomana, każdy z kompozytorów miał będzie swój unikalny styl, od razu rozpoznawalny i dający się opisać. No i wielu będzie miało swoich ulubionych kompozytorów, ja np. osobiście najbardziej lubię Czajkowskiego.

I powoli, powolutku, poprzez niedoskonałość przekładów, które często zacierają te różnice - unikalność każdej z Ewangelii zaczyna się do mnie przesączać. Jak przy wywoływaniu zdjęć - zaczynam powoli widzieć twarde kontury mówionego języka Marka, monotonne i pełne powtórzeń - ale jakże mocne - opisy Jana, kunsztowność języka Łukaszowego czy skomplikowane struktury mów Jezusa u Mateusza.

Do wybranych fragmentów wracam już nie czytając ich analitycznie, tylko zanurzając się w słowo, nie zwracając uwagi że czytam ponownie jeden fragment, albo że przeskoczyłem gdzieś dalej. Jak pływak, który nie przejmuje już się oporem wody tylko płynie w kierunku, który sobie wybierze, tak poruszam się w Ewangelii. Z tym, że nie muszę wynurzać się, aby nabrać oddech, bo właśnie ta substancja Bożego słowa ma bardzo, bardzo dużą zawartość duchowego tlenu.

Z wytęsknieniem czekam na dalsze spotkania ze Słowem, które pozwolą mi jeszcze bardziej doskonalić swoje umiejętności. Wciąż listy Pawłowe czy Apokalipsa straszą głębokością  i wirami. Nie mówiąc już o Starym Testamencie (obecnie 2 Księga Królewska), gdzie i grzęzawiska i podwodne skały czasem mnie skutecznie osadzają. Ale pamiętając swoje doświadczenia z Ewangelią wiem, że to tylko na początku, później prawie na pewno będzie łatwiej.
poniedziałek, 07 kwietnia 2008

Kiedy powstały Dzieje Apostolskie?

Tradycja określała to jasno: podczas pobytu Pawła w Rzymie – w latach 60. – co też tłumaczy w zasadzie brak ich zakończenia. Współcześni badacze rozwiewają te założenia i mówią: lata 80-90, a może nawet później.

Daczego brak tego zakończenia? Dlaczego dowiadujemy się o pobycie Pawła w Rzymie – i nic więcej?

Istnieje kilka wyjaśnień.

Zgodnie z tradycją – Dzieje zostały doprowadzone do momentu współczesnego autorowi.

Istnieje też teoria, że ostatnie strony Dziejów po prostu się nie zachowały, ewentualnie obecne zakończenie jest zakończeniem – ale tylko rozdziału, a nie całości. Może Łukasz nie zdążył skończyć całości, bo np. coś mu przeszkodziło?

Co innego twierdzi wyjaśnienie teologiczne. Łukasz urwał pisanie Dziejów nie chcąc pokazywać wszystkiego co działo się potem – jak choćby śmierci Pawła czy Piotra i masowych prześladowań za czasów Nerona. To była współczesność, o której dobrze wiedziano, a celem Łukasza było pokazanie początków Kościoła i przyczyn ostatecznego rozbratu z judaizmem, który w latach 80 był już oczywisty.

Zadziwia jednak parę spraw.

1. Dlaczego traktuje się świątynię jerozolimską jako rzeczywistość istniejącą – taką była w latach 60 pierwszego wieku. Ale w latach 80-90 po świątyni zostały gruzy. O ile z Ewangelii Łukasza można przypuszczać, że jej autor wiedział już o zniszczeniu Jerozolimy, z Dziejów to bynajmniej nie wynika.

2. W historii podróży Pawła autor mówi w pierwszej osobie, jednoznacznie sugerując, że brał w nich udział – sama relacja spisana jest jak pamiętnik podróży. Czy można zakładać, że za łączenie tych wspomnień (oraz wcześniejszych źródeł -  jak wynika z badań słowno-statystycznych początek Dziejów i mowy apostołów pochodzą od innego autora) Łukasz (lub ktoś inny) zabrał się dopiero w 20-30 lat po wydarzeniach w nich opisanych?

Moim zdaniem, nie ma przyczyny, dla której należałoby przesuwać  powstanie Dziejów poza lata 60. Sugestie współczesnych biblistów bardziej wynikają z niechęci do wczesnego datowania pism nowotestamentalnych niż z racjonalnych przesłanek.

21:58, vroobelek
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 01 kwietnia 2008

Podobno czytając współczesnych teologów, trzeba się mocno trzymać, aby nie stracić wiary. Niektórzy z tych teologów sami w konsekwencji swoich rozważań wiarę tracą.

Tak stało się z byłym już księdzem Tomaszem Węcławskim - uznawanym za człowieka genialnego i jednego z najwybitniejszych polskich teologów, specjalizującego się w chrystologii. Jadąc do pracy słucham nagrań z jego wykładów z cyklu "Uniwersum pierwszych chrześcijan – rekonstrukcja i znaczenie krytyczne". Jest też streszczenie na stronie profesora. Wykład porusza niezwykle ciekawą tematykę - próbę wejścia w to, co pierwsi chrześcijanie wiedzieli o Jezusie, jak kształtowały się pierwsze tradycje, które potem zmieniły się w prawdy wiary.

Nie jestem teologiem. Wiele rzeczy w tych wykładach jest dla mnie nowych, odkrywczych, czasami obrazoburczych. Ale czasami widzę też ewidentne próby dopasowania istniejącej rzeczywistości do założonej tezy. Według Węcławskiego - mówiąc bardzo skrótowo - Jezus nie jest Bogiem. Jest człowiekiem, który przegrał, pozostawszy niezrozumiany, a jego ostatnią porażką miało być jego wyniesienie do godności boskiej przez pierwszych chrześcijan. 

Przytoczę jeden z fragmentów wspomnianego wyżej streszczenia: 

Proces „ucudownienia” obrazu Jezusa rozpoczął się bardzo prędko – zapewne już za jego życia. Rozpoczął się też nie bez przyczyny w nim samym i w jego działaniu – ponieważ nie ulega wątpliwości, że Jezus „miał moc” – że w taki sposób odnosił się do ludzi chorych, w szczególności do chorych psycho-somatycznie, iż odniesienie to przynosiło im wyzwolenie. Chodzi m.in. o choroby, które wówczas uznawano za opętania przez złego ducha (choroby psychiczne i epilepsja), ale także choroby somatyczne uwarunkowane sytuacjami / przeżyciami psychicznymi – przykłady z ewangelii: uschła ręka, powtarzający się krwotok, niemożliwość wyprostowania pleców. Nie musimy w tym miejscu analizować szczegółowo charakteru odniesienia Jezusa do chorych i rodzaju wpływu, jaki w tej dziedzinie wywierał.

Nie ulega wątpliwości - pisze Węcławski - że Jezus miał moc pomagania ludziom chorym. Pomagał chorym psychicznie i na epilepsję, i na krwotoki, i na paraliż. Niech będzie, choć tutaj Węcławski sprowadza Jezusa do roli zwykłego uzdrowiciela, może bioenergoterapeuty. 

Cały problem w tym, że autor "zapomina" w tym momencie o chyba najbardziej spektakularnych uzdrowieniach. Zapomina o niewidomych. Ślepota to nie jest choroba psychosomatyczna, którą można wyleczyć pozytywnymi prądami. 

Możemy w świetle tego co pisze teolog przyjać dwie możliwości:

1. Że owszem, cztery Ewangelie piszą zgodnie o leczeniu niewidomych, jest to jednak teologiczna konstrukcja, która dodana była później. Np u Jana ślepy pogrążony jest w ciemności - ulubiona Janowa metafora. Wcześniej Jezus leczył wyłącznie "normalne" choroby.

2. Że jeśli przyjmiemy prawdziwość relacji ewangelicznej dotyczącej uzdrowień z normalnych chorób, to nie możemy arbitralnie odrzucać uzdrowień wśród niewidomych.

Nie wiem, może historia form i tradycji  (metody stosowane w krytyce biblijnej) doszły już do opcji numer jeden - niestety Węcławski nam tego nie wyjaśnia. Jeśli zaś przyjmiemy opcję drugą - to cała teoria o "ucudownieniu" działań Jezusa po jego śmierci sypie się jak domek z kart.

22:46, vroobelek
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 marca 2008

Gdy w Wyznaniu wiary mówimy "wstąpił do piekieł..." mamy na uwadze czas Wielkiej Soboty - dzień głębokiego milczenia i historycznie rzecz ujmując, dzień bolesnej nieobecności. 

(za artykułem Siedem myśli na czas świąt paschalnych )

Niewiele nam mówią ewangeliści o tym, co się działo po śmierci Jezusa. W zasadzie dowiadujemy się tylko o sprawach technicznych. Józef z Arymetei prosi u Piłata o ciało, potem chowa je do grobu, a kobiety przygotowują wonności i olejki, z którymi jednak poczekają aż minie szabat. Co w tym czasie robią apostołowie? Nie wiadomo. Jeszcze w niedzielę, dzień Zmartwychstania siedzieli razem w jakimś domu "zamknięci z obawy przed Żydami". 

Gdyby Ewangelia działa się w Polsce, byłbym w stanie się założyć, że apostołowie siedzą wokół stołu i upijają się, nie patrząc sobie w oczy. Wszystko w kompletnym milczeniu. Koniec.

Gdzie te wszystkie nauki Jezusa o tym, że powróci po trzech dniach? Czy apostołowie mówią sobie: "poczekamy, zobaczymy", czy umacniają się wzajemnie w wierze? Czy mają jeszcze nadzieję?

Działo się to wszystko dwa tysiące lat temu. Gdzie w tym miejsce dla nas? Wielka Sobota to czas na przemyślenie tej straszliwej hipotezy.

1. A co by się działo, gdyby rzeczywiście Bóg przegrał? I to ostatecznie? Gdyby zburzono ostatni kościół i spalono ostatnią Biblię. Gdyby zostało nam tylko się ukrywać przed tymi, którzy nam "udowodnili" że Boga nie ma? Wiele takich momentów było w historii. I dzisiaj są kraje, gdzie za bycie chrześcijanionem grozi śmierć. Co stałoby się z naszą wiarą? Czy poszukamy schronienia czy wzorem tysięcy męczenników powiemy - nie, nie ma mowy, ani kroku dalej, nie wyprzemy się Chrystusa?

2. Co by się działo, gdyby nasza wiara okazała się być oparta na złudzeniach, była "złudzeniem Boga", co próbuje nam wmówić Dawkins i rosnące lobby ateistów? Co, gdybyśmy im uwierzyli i odrzucili Boga? Dokąd wtedy podążymy?  

Wielka Sobota to pytanie o nasze życie bez Boga. Bez Boga, który - jak mogło się wydawać Apostołom - opuścił nas, albo którego my opuściliśmy, albo wyłączyliśmy w ogóle to pytanie z naszej świadomości.

Dodam, że liturgiczne przeżywanie tego dnia w Kościele katolickim jest to dla mnie nieporozumieniem. Najpierw święcenie pokarmów - festiwal ludowy podczas którego w świątyniach rozbrzmiwa wrzask dzieci (zaprowadzonych tu raz na rok), przepychanie się ludzi, chrzęst przesuwanych koszyków i trzask aparatów bo zdjęcie trzeba zrobić. A z przodu - symbol Grobu Pańskiego tonący w tym całym zgiełku. Gdzie tu czas na rozważanie ciszy? Po godzinie 18 kolejny liturgiczny wymysł czyli "Wigilia Paschalna". Apostołowie w sobotę wieczorem siedzieli pogrążeni w rozpaczy, ani im było na myśli cokolwiek świętować.

Może to jest tak, że Kościół boi się ciszy w masowym wydaniu? Powiedzieć ludziom - tak, dzisiaj jest dzień milczenia, zachowujcie post i odwiedzcie świątynię na cichą modlitwę - to za trudne. 

środa, 13 lutego 2008

Czytam od jakiegoś czasu bloga Haderech, czyli droga. Jego autorką jest Polka, która mieszka obecnie w Stanach i jest w trakcie konwersji na judaizm. Z bloga wyziera fascynacja żydowskim narodem - jego historią, kulturą, a przede wszystkim ceremonialem i rytuałami judaizmu. Niewiele tam refleksji religijnej, trochę tak, jakby ktoś został katolikiem z racji nabożeństw majowych i tradycji świątecznych. Ale nie mnie to oceniać, a drogi do Boga bywają rozmaite.

Autorka bloga napisała niedawno w notce Bracia i siostry Hioba o dylemacie, który dotyka wszystkich wierzących Żydów, a który miał swoją tragiczną kulminację podczas II wojny światowej. Dlaczego Bóg nie reaguje na modlitwy milionów Żydów, którzy ginęli w Holokauście?

Jaka jest moja własna odpowiedź na milczenie Boga podczas Szoa? To pytanie powraca do mnie co jakiś czas. Żaden Żyd chyba nie może go uniknąć i każdy musi w którymś momencie udzielić jakiejś odpowiedzi. Każda z nich będzie prowizoryczna, żadna nie będzie ostateczna - w tej sprawie nie ma i nie będzie ostatecznych odpowiedzi.

Chrześcijanie są w o tyle lepszej sytuacji, że znają odpowiedź na to pytanie. Mówi o tym jasno pierwsze zdanie Listu do Hebrajczyków, który zresztą w starszych przekładacy określany był jako "List do Żydów".

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. (Hbr 1,1)

Czy po takiej wypowiedzi Bóg musi jeszcze do nas mówić? Dlaczego kiedyś mówił? Jak pisze św. Jan od Krzyża w "Drodze na górę Karmel".

Główną przyczyną, dla której za dawnego Przymierza tak prorokom, jak i kapłanom dozwalano zapytywać Boga i żądać objawień i znaków, stanowiło to, że wiara się jeszcze dobrze nie ugruntowała. Nie było też Ewangelii, dlatego musieli ludzie zapytywać Boga, i On im odpowiadał czy to przez słowa, widzenia, objawienia, czy też przez obrazy, podobieństwa i inne rodzaje znaków. Wszystko zaś, co Bóg wtedy mówił i działał, obejmowało tajemnice naszej wiary i to, co się jej tyczy i do niej prowadzi.

Dzisiaj, w obecnym okresie łaski, kiedy wiara jest już utwierdzona w Jezusie Chrystusie i już ogłoszone jest prawo Ewangelii, nie ma potrzeby pytać Boga dawnym sposobem, ani też by przemawiał jeszc ze i odpowiadał jak wówczas. Dał On bowiem swego Syna, który jest jedynym Jego Słowem - bo nie posiada innego - i przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia.

[...]

Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby jeszcze pytać Boga albo pragnąć od Niego jakichś widzeń czy objawień, nie tylko postąpiłby nieroztropnie, lecz również obraziłby Boga, nie mając oczu utkwionych w Chrystusie całkowicie, bez pragnienia jakichś innych nowości.

Mógłby wtedy Bóg powiedzieć: "To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie". (Droga na górę Karmel, księga II, rozdział 22)

Żydzi kontemplują to "milczenie Boga" przez 2000 lat, kultywując swoje tradycje. Czy kiedyś dojdą do wniosku, że ostateczną wypowiedź Boga przegapili?

Druga rzecz dotyczy cierpienia nawet całego narodu. Chrześcijanie nie muszą pytać o sens cierpienia. Oni wiedzą.

A wy miejcie się na baczności. Wydawać was będą sądom i w synagogach będą was chłostać. Nawet przed namiestnikami i królami stawać będziecie z mego powodu, na świadectwo dla nich. (Ewangelia Marka 13:9)

I tak było. Chrześcijan na samym początku prześladowali Żydzi. Potem państwo rzymskie. Potem przez długie lata chrześcijanie prześladowali samych siebie, doszukując się heretyków, schizmatyków i chrzcząc "ogniem i mieczem" nawet tych, którzy chrześcijanami być nie chcieli (m.in. właśnie naszych starszych braci w wierze). Nastąpiły wielka schizma, antypapieże, reformacja, coraz większe podziały wewnątrz kościoła. Teraz od co najmniej kilkudziesięciu lat świat chrześcijański bronić się musi przed nawrotem różnie rozumianego pogaństwa. I tak będzie do końca świata. Biblia i nauczanie większości wyznań chrześcijańskich nie pozostawia wątpliwości.

poniedziałek, 11 lutego 2008

Kto z Was zna takie słowo "wiejadło"? Nie widzę nie słyszę.

Ja też nie znam. :-)

Jeśli zajrzycie do słownika PWN - również go tam nie ma. A mimo tego, słowo to nadal pokutuje w popularnych przekładach Biblii i słyszymy je co jakiś czas w niedzielnych czytaniach z Ewangelii według św. Mateusza 3,12, a konkretnie z mowy Jana Chrzciciela, w której ten zapowiada Chrystusa.

Mały przegląd:

Biblia Tysiąclecia, 4ed. (1965/1984)
Ma On wiejadło w ręku i oczyści swój omłot: pszenicę zbierze do spichlerza, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Biblia Warszawska (1975)
W ręku jego jest wiejadło, by oczyścić klepisko swoje, i zbierze pszenicę swoją do spichlerza, lecz plewy spali w ogniu nieugaszonym.

Biblia Warszawsko-Praska (1997)
Ma On w ręku wiejadło, którym oczyści swe klepisko: ziarno zbierze do spichlerza, a plewy wrzuci do ognia, który nigdy nie gaśnie.

NT w przekł. S. Kowalskiego (1956)
Z wiejadłem w ręku oczyści swe klepisko: pszenicę zbierze do spichrza swego, a plewy spali w ogniu nieugaszonym.

A wszystko zaczęło się od Biblii Wujka, którą cytuję za wydaniem zmodernizowanym (!) w latach 60.:

A jego wiejadło w ręce jego i wyczyści boisko swoje i zgromadzi pszenicę swą do gumna, plewy zaś spali ogniem nieugaszonym.

Chłopaki tłumaczący BT pojechali na całego. Do wiejadła dołożyli "omłot". Możliwe, że jest to wierne tłumaczenie tekstu greckiego. Ale tak przecież się nie mówi! Ile osób wie co to jest omłot? Ile procent współczesnych czytelników Biblii i ludzi odwiedzających kościoły pracowało kiedykolwiek przy młócce?

W czasach Wujka, były to normalne czynności, normalne słowa - a całe porównanie było zrozumiałe dla ówczesnego czytelnika. Dzisiaj trzeba to przekładać inaczej, chyba że chcemy zachować tekst "podniosły" i tajemniczy. W ten sposób jednak zadamy kłam oryginałowi. Czy Jan Chrzciciel używał bardzo technicznych określeń? Nie. Wszyscy zapewne go rozumieli. Dlatego musimy szukać rozwiązania, które jest zgodne z oryginałem, ale i jednocześnie nie zmusza nas do szukania słownika archaicznej polszczyzny (bo w normalnym - jak wspomniałem wyżej - już takiego słowa nie ma).

Można inaczej to przekładać. Nawet archaiczna Biblia Gdańska (zmodernizowana w XIX wieku) ma "łopatę".

Biblia Gdańska (1632)
Którego łopata jest w ręku jego, a wyczyści bojewisko swoje, i zgromadzi pszenicę swoję do gumna, ale plewy spali ogniem nieugaszonym.

Biblia Poznańska (1974/1975)
W Jego ręku sito do czyszczenia zboża! I oczyści swoje zboże. Ziarno zgromadzi w śpichlerzu, a plewy spali w nie gasnącym ogniu.

Przekład Dosłowny (2002)
w Jego ręku jest przetak i dokładnie wyczyści swoje klepisko, zbierze swoje ziarno do spichrza, plewy natomiast spali w ogniu nieugaszonym.

Przekład Nowego Świata (1997)
Ma on w ręce szuflę do odwiewania i całkowicie oczyści swe klepisko, i zbierze swą pszenicę do spichrza, ale plewy spali ogniem nieugaszonym.

Ksiądz Wolniewicz tłumaczący Ewangelię w Biblii Poznańskiej najbardziej zmodernizował tekst i jako jedyny zrezygnował z "ognia nieugaszonego", który też tchnie XVI-wiecznym dostojeństwem, można to jednak powiedzieć jaśniej.

1 , 2 , 3 , 4 , 5
eXTReMe Tracker