Biblia, Nowy Testament, Stary Testament, polskie przekłady, przemyślenia.
Kategorie: Wszystkie | Przekłady Biblii | Przemyślenia | Psalmy
RSS

Przemyślenia

wtorek, 08 grudnia 2009

Kupiłem niedawno pierwsze wydanie Biblii Tysiąclecia. Tak, to krytykowane, oskarżane o nieudolność tłumaczenia i nazywane "Biblią tysięcy błędów". Poza chęcią przekonania się jak to było z tymi błędami, chciałem zobaczyć tłumaczenia trzech ksiąg, które w wydaniu II zostały zastąpione całkowicie.

Jednym z nich była Księga Jeremiasza. W I wydaniu wykorzystano tłumaczenie ks. Stanisława Stysia, piękne poetycko, ale momentami trochę archaiczne. Dlatego w drugim pojawiło się tłumaczenie ks. Lecha Stachowiaka. Może bardziej wierne, ale i bardziej bezbarwne. A przecież większość wypowiedzi prorockich to właśnie poezja.

Zacząłem czytać i wygląda na to, że Jeremiasza ponownie odkryję, bo czytając go po raz pierwszy rok temu trochę się męczyłem, właśnie poprzez niełatwy styl, zarówno w Biblii Poznańskiej, jak i BT.

Jednym z kluczowych tematów u Jeremiasza i innych proroków jest odejście Izraela od wiary w jedynego Boga, składanie ofiar bogom obcym i uleganie wpływowi innych religii. Prorocy używają tutaj bardzo mocnego porównania - do cudzołóstwa, czyli do zdrady małżeńskiej. Naród wybrany będąc poślubiony Bogu zdradza go gdzie popadnie.

Jeremiasz tłumaczony przez Stysia brzmi soczyście:

"Przez swą namiętną rozwiązłość zbezcześciła ziemię i cudzołożyła z kamieniem i drzewem". (Jr 3,10)

"Klacz chyża wielbłądzia, tam i sam biegająca,
kiedy się rwie do stepu,
w żądzy namiętnej chłonie powietrze;
któż chuć jej potrafi przytłumić?

Ktokolwiek jej pragnie, nie musi się trudzić,
znajdzie ją w jej miesiącu.
Bacz żebyś sobie nogi nie zdarła,
i by nie wyschło twe gardło!

Ale powiadasz: "Na próżno! Nic z tego!
Albowiem ja lubię obcych,
muszę się uganiać za nimi!" (Jr 2,24-25)

I tu refleksja. Bo możemy czytać te słowa z wyższością 2,5 tysiąca lat, które minęły. To było pogaństwo! Śmiesznie dla nas brzmią wersety o "rozkładaniu się na wzgórzach", gdzie Izraelici składali ofiary obcym bogom. Śmiesznie dla nas brzmią potępienia modlących się do kamienia.

Ale zapominamy, że te słowa są wciąż skierowane do nas. Księga Jeremiasza wcale się nie przeterminowała. Dziś nie składamy już ofiar przedmiotom martwym (choć patrząc na niektóre czcicielki świętych można mieć co do tego wątpliwości). Jesteśmy mądrzejsi, bardziej racjonalni, bardziej rozwinięci.

Wciąż zdradzamy Boga gdzie popadnie.

Bo nie chce nam się poczytać Biblii, bo mamy setki ciekawszych lektur.

Bo wizyta w kościele (czy choćby inny sposób święcenia dnia świętego) musi przegrać z całodzienną wycieczką.

Bo jak tu nie kłamać skoro trzeba.

Bo jesteśmy sobie przygodnymi chrześcijanami, tylko dlaczego ci kolesie w czarnym chcą od nas pieniądze i czemu tak gardłują o aborcję?

Pierwsze przykazanie jest najtrudniejsze do spełnienia i najczęściej łamane. Jeśli mam innego bożka, wtedy mam też inne priorytety w życiu, które prowadzą mnie do łamania innych przykazań. Chciałbym być tak całkowicie pewny tego, że idę drogą mojego Boga, a nie tego, co mi świat podrzucił, właściwie sprzedał, bo wszystko na świecie ma swoją cenę. Ale daleko mi od tego, wciaż podejmuję decyzje, które z tą drogą są sprzeczne.

I pędzę jak głupi, jak ta wielbłądzica z Jeremiasza.

niedziela, 12 lipca 2009

Planuję sierpniowy wyjazd w Tatry i pomyślałem o podobieństwie między górami i Biblią.

  • Są szlaki łatwe i piękne - a w Biblii będą to na przykład Ewangelie.
  • Są szlaki trudne i piękne - tu księgi prorockie, gdzie czasami trzeba iść i iść, żeby wyjść na piękną połoninę czy szczyt, a i uważać trzeba żeby nie spaść w jakieś urwiska proroctw przeciwko królowi Tyru.
  • Są szlaki łatwe, ale dość nużące, na których trzeba wysiłku żeby wydobyć perełki - Księga Przysłów nie wymaga ogromnego wysiłku, ale to może też znużyć.
  • Są szlaki trudne i nużące, po których nie chce się chodzić - weźmy sobie te geneaologie z Księgi Kronik.
  • Są szlaki grożące wypadkiem niewprawnym turystom i wymagające specjalnego ekwipunku - takim odpowiednikiem Orlej Perci będzie Apokalipsa. Oj niejeden już się poobijał.


Wiele szlaków łatwych latem, nie będzie łatwych zimą - i tak samo księga czytana w przekładzie, dajmy na to Biblii Tysiąclecia nie wydaje się sprawiać trudności, ale gdy sięgniemy po przekład dosłowny, albo tekst oryginalny, albo zaczniemy patrzeć na interpretacje - zaczną się schody.

Pewne jest też to, że góry nie wyglądają nigdy tak samo. Na prostym szlaku nas zaskoczyć nagła ulewa - zupełnie jak zwątpienie przy czytaniu doskonale znanego fragmentu. Jedni jeżdżą w Tatry w maju i walczą z dobrze zleżałym śniegiem, inni - w lipcu i lawirują między tłumami turystów, inni jeszcze we wrześniu szukając mitycznej Złotej Polskiej Jesieni. Tak samo Biblię można czytac w różnych przekładach, z różnymi komentarzami, z różnym celem. Jej szata w zależnosci od czytelnika będzie wyglądać inaczej, ale niezmiennie będzie to słowo Boże. Ludzie jeżdżący od lat w góry kochają je niezależnie od tego, od jakiej strony im się pokażą. Obyśmy tak samo umieli kochać Biblię.

wtorek, 19 maja 2009

Czy Pismo święte należy czytać i interpretować samodzielnie? Czy raczej zdać się na to, czego naucza Kościół czy też inni "uczeni w Piśmie"?

Dwa często przywoływane (szczególnie przez katolików) fragmenty 2 Listu św. Piotra, które tej samodzielnej interpretacji zdają się przeczyć:

2P 1,20-21
To przede wszystkim miejcie na uwadze, że żadne proroctwo Pisma nie jest dla prywatnego wyjaśnienia.
Nie z woli bowiem ludzkiej zostało kiedyś przyniesione proroctwo, ale kierowani Duchem Świętym mówili od Boga święci ludzie.

2P 3:16
Są w nich [w listach Pawła] trudne do zrozumienia pewne sprawy, które ludzie niedouczeni i mało utwierdzeni opacznie tłumaczą, tak samo jak i inne Pisma, na własną swoją zgubę.

Wypowiedzi te jednak nie zabraniają samodzielnej lektury, ani interpretacji Pisma. Można tylko wyciągnąć dwa wnioski dla wszystkich czytających Biblię.

1. Istnieje dar proroctwa i dar wyjaśniania proroctwa. Nie wolno na własną rękę wyjaśniać sobie księgi proroczej, np. Daniela czy Apokalipsy, bo to prowadzi do mnóstwa dziwnych teorii - i tu 2P jest proroczo przewidujące. :-)

Przeczytałem sobie kiedyś dzieło pt. "Apokalipsa" Antoniego Godka z kościoła Adwentystów. Spiętrzone argumenty, na podstawie których Godek rozwijał adwentystyczną wizję historii i przyszłości brzmiały niezwykle kusząco, jednak ogólny obraz bardziej zbliżony był do literatury w stylu "Kodu Da Vinci" niż poważnej książki teologicznej. Łatwo jest wziąć jakiś fragment, wstawić go tam gdzie nam pasuje i pominąć wszystkie inne możliwe interpretacje.

Ale co do innych rodzajów literackich autor listu 2P się tu nie wypowiada, choć oczywiście powinniśmy pamiętać o szerszej niż obecnie definicji "Proroctw" w biblijnym języku. Możemy więc swobodnie rozprawiać o interpretacji Ewangelii, opowiadań czy pouczeń moralnych.

2. Aby czytać niektóre trudniejsze fragmenty Pisma trzeba być:
- douczonym (na temat Biblii oczywiście)
- utwierdzonym w wierze (jeśli ktoś liczy na to, że Biblia rozwiąże jego wątpliwości w wierze, może się liczyć z efektem odwrotnym!)

Maria Kossowska przytacza taką wypowiedź ks. Piotra Skargi, mającą pokazywać odejście Kościoła katolickiego od Biblii od wieku XVII:

Nie ciśnijcie się do Biblii, wy ludzie świeccy; Biblia to kość twarda, a wy ludzie świeccy,słabe macie zęby: przeto i zęby popsujecie, a tego nie ugryziecie.

Dziś "zęby" mamy mocniejsze, pomaga nam w tym i wykształcenie ogólne i znajomość realiów świata biblijnego, także coraz lepsze przekłady i komentarze. Ale próba interpretowania Pisma bez przygotowania może właśnie przypominać porywanie się na coś, co nas przemoże. Inna sprawa, że nie jest to zawsze aż takie trudne. Istnieje zasada głosząca, że na temat rzeczywiście ważnych rzeczy Biblia wypowiada się w wielu miejscach. Sprawdzenie odnośnika na marginesie może nam pokazać znaczenie bieżącego fragmentu i w ten sposób Biblia oświeca siebie samą. Tym bardziej jednak nie wolno skupiać się na pojedynczych wersetach, które oderwane od kontekstu i od całości biblijnego orędzia stają się dla kogoś wyrocznią.

sobota, 24 stycznia 2009

Wobec Boga trzeba się nam zdobyć na małość intelektualną lub po prostu dołożyć starań, by sobie ową małość uświadomić. Dlatego Paul Claudel radził czytać Biblię na klęczkach. Jest się wtedy mniejszym. Podobnych rad udzielano nam również niejednokrotnie z wysokich katedr bardzo specjalistycznych uczelni biblijnych. Zresztą i przestroga, i rada analogiczna kryje się w następujących słowach samego Chrystusa: "Wysławiam Cię, Ojcze, Panie nieba i ziemi, że zakryłeś te rzeczy przed mądrymi i roztropnymi, a objawiłeś je prostaczkom" (Łk 10, 21). W postawie owych prostaczków na uwagę zasługuje nie tyle ich niewiedza, co raczej chęć dowiedzenia się czegoś, gotowość przyjęcia pouczeń od Boga. 
(Bp Kazimierz Romaniuk - "Jak nie należy czytać Biblii")

Czytam uwagę bp. Romaniuka, że wobec Biblii trzeba się zdobyć na pokorę i mieć postawę „prostaczków” którym objawione były prawdy Boże. Jak często wydaje mi się, że czytając Biblię wiem wszystko, że jakiś fragment nie pozostawia wątpliwości.

A potem czytam komentarz, słucham kazania, które z tego samego fragmentu wyciąga niezmiernie więcej. Okazuje się, że na przykład części dialogu, przez które przebiegałem wzrokiem mają swoje znaczenie.

Postawa prostaczka oznacza, że każde słowo chłoniemy jak nowe. Nie zakładamy nic wcześniej. Wyłączamy całą swoją – zbędną w tym momencie - wiedzę, aby nastawić się na działanie Ducha Świętego. To bardzo trudne. Chciałbym czasami zdobyć niejako „władzę” nad Pismem, mieć wszystko już jasne, odłożyć je na półkę z poczuciem spełnionego obowiązku. To nie jest jednak właściwy sposób. 

Wszystko czego w Piśmie nie rozumiem, co mnie drażni, co mnie nudzi ma być jednocześnie wyzwaniem wymagającym pokory i "wyprostowania" mojej postawy.

 

PS. Tak, zaniedbywałem tego bloga. Planuję jednak w bliskim czasie uruchomić nieco inną inicjatywę, która bloga zastąpi. Oczywiście o wszystkim tutaj powiadomię. 

sobota, 24 maja 2008

Jeden z dramatyczniejszych fragmentów Ewangelii Markowej znajdziemy na początku rozdziału szóstego. Jezus powraca do rodzinnego Nazaretu, już otoczony sławą uzdrowiciela i posłańca Bożego.

I wyszedł stamtąd, i przychodzi do swojej ojczyzny, a jego uczniowie mu towarzyszą. A kiedy nastał szabat, zaczął nauczać w synagodze; i wielu słuchających zdumiewało się mówiąc: „Skąd mu to przyszło, i co to za mądrość jest mu dana. I takie moce działają przez jego ręce. Czy to nie cieśla, syn Maryi, i brat Jakuba i Józefa i Judy i Szymona? I czy jego siostry nie są tu z nami?” I pogubili się z jego powodu. I powiedział im Jezus: „Prorok jest szanowany, ale nie w swojej ojczyźnie, wśród krewnych i w swoim domu”. I nie mógł tam dokonać nic wielkiego, tyle że paru niemocnym nałożył ręce i uzdrowił. I dziwił się z powodu ich niewiary.

Nic wielkiego. Tyle cudownie prosty przekład Węcławskiego. Biblia Tysiąclecia i Warszawska mają już częściowo interpretację: "I nie mógł tam zdziałać (dokonać) żadnego cudu".

Nie mógł. Ten fragment zawsze przypomina o czymś, co mój kościół określa jako współdziałanie człowieka z łaską. Bez naszej zgody i bez naszej decyzji Jezus nie może nas przemienić.

Gdzie jest ten wszechmocny Bóg, którego powstrzymuje zwykła nasza niewiara? Ten Bóg nie chce jednak robić na siłę rewolucji, ten Bóg akceptuje naszą wolność wyboru, czy chcemy iść jego drogami czy raczej swoimi. Od dwóch tysięcy lat przedstawia nam pewną ofertę. Co z nią zrobimy?

Tę historię ewangeliczną rzadko przypomina się w kościołach. Jest pewnie czytana raz na trzy lata, kiedy przyjdzie jej pora - i tyle. Za rzadko. Ilu z nas przestało wierzyć, że Jezus jest w stanie zmienić nasze życie, że jest w stanie naprawdę dokonać czegoś wielkiego?

Tak jak mieszkańcy Nazeretu. Oni Jezusa znali na codzień, nie mogli więc założyć, że czymś ich jeszcze zaskoczy. Czym nas jeszcze może zaskoczyć? Ile lat minęło od naszego chrztu? Ile lat minęło od pierwszego świadomego wyznania wiary? Czy zredukowaliśmy Jezusa do elementu tradycji? Czy traktujemy go jako odległego suwerena, któremu przekazujemy tylko nasze prośby i nie myślimy jaka ma być NASZA odpowiedź na jego słowa?

I wołają ślepego, mówiąc mu: „Odwagi, wstań, woła cię”. A on zrzucił swój płaszcz, zerwał się i przyszedł do Jezusa. A Jezus mówi mu na to: „Co chcesz, żebym ci zrobił?” A ślepy powiedział mu: „Rabbuni, żebym przejrzał.” A Jezus mu powiedział: „Odejdź, uratowała cię twoja wiara.” No i przejrzał i poszedł z nim w drogę.

poniedziałek, 14 kwietnia 2008
Nie zawsze łatwo jest wyjaśnić, jak tekst biblijny w nas rośnie, osadza się i w końcu zaczynamy nim oddychać (choć niekoniecznie żyć, do tego trzeba wielu, wielu oddechów).

Niemal już dwa lata temu zacząłem plan przeczytania w całości całej Biblii - najpierw Nowego, potem Starego Testamentu.  Zacząłem od Ewangelii Marka i Mateusza. Czytałem analitycznie - jedną perykopę czy fragment rozdziału dziennie, wspierałem się komentarzami i fragmentami kursu biblijnego jezuitów. Szło opornie. Bo same historie ewangeliczne w większości znałem z czytań mszalnych czy też wcześniejszego czytania fragmentów.

Codziennie przełamywałem się aby nie czytać więcej i aby jednak skupić się na jednym fragmencie.  I co chwilę musiałem się zatrzymywać i pytać - zaraz czy na pewno ja to rozumiem? Czy już mogę przejść dalej? Skoro tak siedzę i siedzę, a fragment mi już NIC WIĘCEJ nie mówi, chyba jest OK? A może nie? Ale czemu znowu o tym samym? Co tu analizować, historie są proste, a ja chcę iść dalej!

Przeczytałem w końcu Ewangelie, przeczytałem w końcu cały Nowy Testament. Ale dopiero wtedy zacząłem sobie uświadmiać, że to był dopiero początek. Że zaledwie poznałem tekst w jego podstawowej warstwie. Że zaledwie pływałem po powierzechni. Wiem co znaczy, wiem o co chodzi w danym fragmencie, wiem jakie są następstwa ewanglicznych wydarzeń. I uświadomiłem sobie, jak dużo jeszcze przede mną. Jak ten tekst czeka na odkrycie jego głębszych i głębszych warstw, a jednocześnie wymaga znacznie szerszego spojrzenia niż z punktu widzenia pojedynczych perykop czy rozdziałów.

Dopiero gdy zacząłem Ewangelie czytać przy różnych okazjach ponownie, zacząłem się przekonywać jakie są między nimi różnice. Można teoretycznie się nauczyć - że Marek pisał dla jednych ludzi, Mateusz dla innych, Łukasz jeszcze dla innych, że Łukasz i Mateusz korzystali z Marka itd. Ale poczuć i posmakować tę różnorodność przez samo zetknięcie się z tekstem - to już co innego.

Alfred Läpple w swojej rewelacyjnej książce, ''Od Księgi Rodzaju do Ewangelii'' porównuje każdą z Ewangelii do dzieł czterech kompozytorów muzyki klasycznej. Laik nie będzie rozróżniał między Mozartem, Beethovenem, Czajkowskim i Rachmaninowem. Jednak dla melomana, każdy z kompozytorów miał będzie swój unikalny styl, od razu rozpoznawalny i dający się opisać. No i wielu będzie miało swoich ulubionych kompozytorów, ja np. osobiście najbardziej lubię Czajkowskiego.

I powoli, powolutku, poprzez niedoskonałość przekładów, które często zacierają te różnice - unikalność każdej z Ewangelii zaczyna się do mnie przesączać. Jak przy wywoływaniu zdjęć - zaczynam powoli widzieć twarde kontury mówionego języka Marka, monotonne i pełne powtórzeń - ale jakże mocne - opisy Jana, kunsztowność języka Łukaszowego czy skomplikowane struktury mów Jezusa u Mateusza.

Do wybranych fragmentów wracam już nie czytając ich analitycznie, tylko zanurzając się w słowo, nie zwracając uwagi że czytam ponownie jeden fragment, albo że przeskoczyłem gdzieś dalej. Jak pływak, który nie przejmuje już się oporem wody tylko płynie w kierunku, który sobie wybierze, tak poruszam się w Ewangelii. Z tym, że nie muszę wynurzać się, aby nabrać oddech, bo właśnie ta substancja Bożego słowa ma bardzo, bardzo dużą zawartość duchowego tlenu.

Z wytęsknieniem czekam na dalsze spotkania ze Słowem, które pozwolą mi jeszcze bardziej doskonalić swoje umiejętności. Wciąż listy Pawłowe czy Apokalipsa straszą głębokością  i wirami. Nie mówiąc już o Starym Testamencie (obecnie 2 Księga Królewska), gdzie i grzęzawiska i podwodne skały czasem mnie skutecznie osadzają. Ale pamiętając swoje doświadczenia z Ewangelią wiem, że to tylko na początku, później prawie na pewno będzie łatwiej.
sobota, 22 marca 2008

Gdy w Wyznaniu wiary mówimy "wstąpił do piekieł..." mamy na uwadze czas Wielkiej Soboty - dzień głębokiego milczenia i historycznie rzecz ujmując, dzień bolesnej nieobecności. 

(za artykułem Siedem myśli na czas świąt paschalnych )

Niewiele nam mówią ewangeliści o tym, co się działo po śmierci Jezusa. W zasadzie dowiadujemy się tylko o sprawach technicznych. Józef z Arymetei prosi u Piłata o ciało, potem chowa je do grobu, a kobiety przygotowują wonności i olejki, z którymi jednak poczekają aż minie szabat. Co w tym czasie robią apostołowie? Nie wiadomo. Jeszcze w niedzielę, dzień Zmartwychstania siedzieli razem w jakimś domu "zamknięci z obawy przed Żydami". 

Gdyby Ewangelia działa się w Polsce, byłbym w stanie się założyć, że apostołowie siedzą wokół stołu i upijają się, nie patrząc sobie w oczy. Wszystko w kompletnym milczeniu. Koniec.

Gdzie te wszystkie nauki Jezusa o tym, że powróci po trzech dniach? Czy apostołowie mówią sobie: "poczekamy, zobaczymy", czy umacniają się wzajemnie w wierze? Czy mają jeszcze nadzieję?

Działo się to wszystko dwa tysiące lat temu. Gdzie w tym miejsce dla nas? Wielka Sobota to czas na przemyślenie tej straszliwej hipotezy.

1. A co by się działo, gdyby rzeczywiście Bóg przegrał? I to ostatecznie? Gdyby zburzono ostatni kościół i spalono ostatnią Biblię. Gdyby zostało nam tylko się ukrywać przed tymi, którzy nam "udowodnili" że Boga nie ma? Wiele takich momentów było w historii. I dzisiaj są kraje, gdzie za bycie chrześcijanionem grozi śmierć. Co stałoby się z naszą wiarą? Czy poszukamy schronienia czy wzorem tysięcy męczenników powiemy - nie, nie ma mowy, ani kroku dalej, nie wyprzemy się Chrystusa?

2. Co by się działo, gdyby nasza wiara okazała się być oparta na złudzeniach, była "złudzeniem Boga", co próbuje nam wmówić Dawkins i rosnące lobby ateistów? Co, gdybyśmy im uwierzyli i odrzucili Boga? Dokąd wtedy podążymy?  

Wielka Sobota to pytanie o nasze życie bez Boga. Bez Boga, który - jak mogło się wydawać Apostołom - opuścił nas, albo którego my opuściliśmy, albo wyłączyliśmy w ogóle to pytanie z naszej świadomości.

Dodam, że liturgiczne przeżywanie tego dnia w Kościele katolickim jest to dla mnie nieporozumieniem. Najpierw święcenie pokarmów - festiwal ludowy podczas którego w świątyniach rozbrzmiwa wrzask dzieci (zaprowadzonych tu raz na rok), przepychanie się ludzi, chrzęst przesuwanych koszyków i trzask aparatów bo zdjęcie trzeba zrobić. A z przodu - symbol Grobu Pańskiego tonący w tym całym zgiełku. Gdzie tu czas na rozważanie ciszy? Po godzinie 18 kolejny liturgiczny wymysł czyli "Wigilia Paschalna". Apostołowie w sobotę wieczorem siedzieli pogrążeni w rozpaczy, ani im było na myśli cokolwiek świętować.

Może to jest tak, że Kościół boi się ciszy w masowym wydaniu? Powiedzieć ludziom - tak, dzisiaj jest dzień milczenia, zachowujcie post i odwiedzcie świątynię na cichą modlitwę - to za trudne. 

środa, 13 lutego 2008

Czytam od jakiegoś czasu bloga Haderech, czyli droga. Jego autorką jest Polka, która mieszka obecnie w Stanach i jest w trakcie konwersji na judaizm. Z bloga wyziera fascynacja żydowskim narodem - jego historią, kulturą, a przede wszystkim ceremonialem i rytuałami judaizmu. Niewiele tam refleksji religijnej, trochę tak, jakby ktoś został katolikiem z racji nabożeństw majowych i tradycji świątecznych. Ale nie mnie to oceniać, a drogi do Boga bywają rozmaite.

Autorka bloga napisała niedawno w notce Bracia i siostry Hioba o dylemacie, który dotyka wszystkich wierzących Żydów, a który miał swoją tragiczną kulminację podczas II wojny światowej. Dlaczego Bóg nie reaguje na modlitwy milionów Żydów, którzy ginęli w Holokauście?

Jaka jest moja własna odpowiedź na milczenie Boga podczas Szoa? To pytanie powraca do mnie co jakiś czas. Żaden Żyd chyba nie może go uniknąć i każdy musi w którymś momencie udzielić jakiejś odpowiedzi. Każda z nich będzie prowizoryczna, żadna nie będzie ostateczna - w tej sprawie nie ma i nie będzie ostatecznych odpowiedzi.

Chrześcijanie są w o tyle lepszej sytuacji, że znają odpowiedź na to pytanie. Mówi o tym jasno pierwsze zdanie Listu do Hebrajczyków, który zresztą w starszych przekładacy określany był jako "List do Żydów".

Wielokrotnie i na różne sposoby przemawiał niegdyś Bóg do ojców przez proroków, a w tych ostatecznych dniach przemówił do nas przez Syna. (Hbr 1,1)

Czy po takiej wypowiedzi Bóg musi jeszcze do nas mówić? Dlaczego kiedyś mówił? Jak pisze św. Jan od Krzyża w "Drodze na górę Karmel".

Główną przyczyną, dla której za dawnego Przymierza tak prorokom, jak i kapłanom dozwalano zapytywać Boga i żądać objawień i znaków, stanowiło to, że wiara się jeszcze dobrze nie ugruntowała. Nie było też Ewangelii, dlatego musieli ludzie zapytywać Boga, i On im odpowiadał czy to przez słowa, widzenia, objawienia, czy też przez obrazy, podobieństwa i inne rodzaje znaków. Wszystko zaś, co Bóg wtedy mówił i działał, obejmowało tajemnice naszej wiary i to, co się jej tyczy i do niej prowadzi.

Dzisiaj, w obecnym okresie łaski, kiedy wiara jest już utwierdzona w Jezusie Chrystusie i już ogłoszone jest prawo Ewangelii, nie ma potrzeby pytać Boga dawnym sposobem, ani też by przemawiał jeszc ze i odpowiadał jak wówczas. Dał On bowiem swego Syna, który jest jedynym Jego Słowem - bo nie posiada innego - i przez to jedno Słowo powiedział nam wszystko naraz. I nie ma już nic więcej do powiedzenia.

[...]

Jeśli więc dzisiaj ktoś chciałby jeszcze pytać Boga albo pragnąć od Niego jakichś widzeń czy objawień, nie tylko postąpiłby nieroztropnie, lecz również obraziłby Boga, nie mając oczu utkwionych w Chrystusie całkowicie, bez pragnienia jakichś innych nowości.

Mógłby wtedy Bóg powiedzieć: "To jest Syn mój umiłowany, w którym mam upodobanie, Jego słuchajcie". (Droga na górę Karmel, księga II, rozdział 22)

Żydzi kontemplują to "milczenie Boga" przez 2000 lat, kultywując swoje tradycje. Czy kiedyś dojdą do wniosku, że ostateczną wypowiedź Boga przegapili?

Druga rzecz dotyczy cierpienia nawet całego narodu. Chrześcijanie nie muszą pytać o sens cierpienia. Oni wiedzą.

A wy miejcie się na baczności. Wydawać was będą sądom i w synagogach będą was chłostać. Nawet przed namiestnikami i królami stawać będziecie z mego powodu, na świadectwo dla nich. (Ewangelia Marka 13:9)

I tak było. Chrześcijan na samym początku prześladowali Żydzi. Potem państwo rzymskie. Potem przez długie lata chrześcijanie prześladowali samych siebie, doszukując się heretyków, schizmatyków i chrzcząc "ogniem i mieczem" nawet tych, którzy chrześcijanami być nie chcieli (m.in. właśnie naszych starszych braci w wierze). Nastąpiły wielka schizma, antypapieże, reformacja, coraz większe podziały wewnątrz kościoła. Teraz od co najmniej kilkudziesięciu lat świat chrześcijański bronić się musi przed nawrotem różnie rozumianego pogaństwa. I tak będzie do końca świata. Biblia i nauczanie większości wyznań chrześcijańskich nie pozostawia wątpliwości.

niedziela, 27 stycznia 2008

Jedną z poważnych wątpliwości na temat historyczności Jezusa, jaka naszła mnie przy lekturze Nowego Testamentu było potraktowanie Jego osoby w listach Pawłowych. Paweł skupia się wokół pierwotnego "kerygmatu" - Jezus posłany przez Boga umarł za nasze grzechy i zmartwychwstał.

Co Jezus robił wcześniej, jak nauczał - to Pawła nie interesuje. Paweł nie cytuje mów Jezusa, ani nie opowiada cudów i znaków... A przecież wydaje nam się, że poznanie życia Jezusa pozwala bardziej w niego uwierzyć. Jest wątpliwość.

Stąd już krok do uznania, że Paweł o ziemskim życiu Jezusa nic nie mówił, bo ... nie wiedział nic na ten temat. Można to wytłumaczyć tym, że przecież poznał go w inny sposób niż inni apostołowie. Ale pojawia się też myśl - chwilkę. Ale przecież z pism, które mamy to listy Pawłowe są najstarsze. Ewangelie według współczesnych badań są o 10-20 lat młodsze. Czy aby nie było tak, że najpierw w chrześcijaństwie głoszono tylko kerygmat, a dopiero potem dorobiono całą historię ewangeliczną?

Ta wąptliwość doprowadziła do bardzo dalekich wniosków wśród teologów (głównie ewangelickich) w XX wieku. Począwszy od Rudolfa Bultmanna zaczęto dokonywać podziału:

  1. na "Chrystusa Wiary" - o którym nauczają Ewangelie
  2. i na "Jezusa Historycznego" - o którym w zasadzie niewiele da się powiedzieć, bo Ewangelie mają być konstrukcją teologiczną i nie przekazują historycznych informacji.

Nie ma co wyjaśniać, jaką dewastację dla naszej wiary mógłby spowodować taki podział - jeśliby okazał się prawdziwy. Owszem, jesteśmy w stanie przyjąć, że historia Edenu to alegoria, że połowa sukcesów patriarchów i bohaterów Starego Testamentu została mocno podlukrowana. Ale stwierdzić, że tak naprawdę nie wiadomo nic o Jezusie - tu już przekraczamy pewną granicę, gdzie trzeba spytać: na czym w zasadzie opiera się nasza wiara? Na mitach i legendach?

Na szczęście nie jest to prawdą i większość współczesnych biblistów odrzuca radykalne tezy liberalnych teologów. Polemice z teorią "Chrystusa wiary" poświęcił swoją ostatnią książkę "Jezus z Nazaretu" papież Benedykt XVI.

Do pewnych wniosków rozwiewających nasze wątpliwości można też dojść czytając sam Nowy Testament, a konkretnie drugi rozdział Dziejów Apostolskich. Przedstawiona jest w nim pierwsza mowa Piotra zaraz po otrzymaniu Ducha Świętego przez apostołów.

Kilka założeń, o których musimy pamiętać:

  • Dzieje Apostolskie napisał na pewno święty Łukasz (tzn ta sama osoba, która napisała Ewangelię według Łukasza), a zatem osoba znająca ziemskie życie Jezusa.
  • Dzieje Apostolskie powstały - jak mówi wstęp - po Ewangelii.
  • Według tradycji Ojców Kościoła, ale i według tekstu Dziejów - ich autor był towarzyszem podróży Pawła.
  • Data powstania Dziejów nie jest pewna - według tradycyjnego podejścia powstały one podczas pierwszego rzymskiego więzienia Pawła (około roku 62), według nowoczesnego - w latach 80/90 (wtedy autorem raczej nie był już Łukasz, ale wykorzystał starsze źródła), w każdym razie - po większości listów Pawłowych.

Powtórzę jeszcze raz - autor Dziejów znał ziemskie życie Jezusa. Według różnych nowych teorii, na Dzieje składa się trochę starszych relacji, które Łukasz obrobił, jednak Ewangelia i relacje o początku wspólnoty chrześcijańskiej pochodzą z tego samego źródła.

I oto pierwsza mowa Piotra, w której mówi o Jezusie:

Mężowie izraelscy, słuchajcie tego, co mówię: Jezusa Nazarejczyka, Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was, o czym sami wiecie, tego Męża, który z woli postanowienia i przewidzenia Bożego został wydany, przybiliście rękami bezbożnych do krzyża i zabiliście. Lecz Bóg wskrzesił Go, zerwawszy więzy śmierci, gdyż niemożliwe było, aby ona panowała nad Nim. (Dz 2,22-24 BT)

Dalej następuje argumentacja na podstawie ST i jeszcze:

Niech więc cały dom Izraela wie z niewzruszoną pewnością, że tego Jezusa, którego wyście ukrzyżowali, uczynił Bóg i Panem, i Mesjaszem. (Dz 2,36)

Co Piotr mówi o Jezusie? Czy opowiada, jak pięknie nauczał w przypowieściach, czy wylicza kogo uzdrowił, czy może wspomina te trzy latach, które spędził jako uczeń Jezusa? Nie. Mówi o śmierci i zmartwychwstaniu.

Ten schemat powtarza się w całych Dziejach - ziemska działalność Jezusa staje się nieistotna - wszędzie gdzie apostołowie dotrą - głoszą Chrystusa zmartwychwstałego.

A zatem: święty Łukasz, który najpierw opisał historię życia Jezusa - potem odkłada ją ad acta i wcale już o niej nie wspomina! Mowy Piotra czy Pawła w Dziejach przypominają listy Pawłowe.

Dlaczego Piotr, który znał przecież mnóstwo szczegółów - potem nie nawiązywał do nich? Dlatego, że najważniejsze było głoszenie śmierci i zmartwychwstania!

Warto jednak zauważyć, że w tej pierwszej mowie Piotr wspomina:

Męża, którego posłannictwo Bóg potwierdził wam niezwykłymi czynami, cudami i znakami, jakich Bóg przez Niego dokonał wśród was [...]

I tylko tyle. Jezusa w Jerozolimie znano. A co ze świętym Pawłem? Pamiętajmy o adresatach jego listów. Zachowane listy Pawła są zawsze skierowane do gmin chrześcijańskich - już nawróconych. Jest najbardziej prawdopodobne, że historie życia Jezusa były też tam głoszone. Listy Pawła na pewno nie były jedynym źródłem, z którego czerpali swoją wiedzę ówcześni chrześcijanie. Lata 40-50 to już czas powstania "Źródła Q", czyli zbioru zapisanych wypowiedzi Jezusa (z których korzytali Mateusz i Łukasz). Po co więc Paweł miałby to powtarzać? On po prostu powracał do ewidentnie najważniejszej sprawy - bez wiary w śmierć i zmartwychwstanie cała reszta się nie liczyła.

Być może, gdy Paweł pisał swoje listy, Łukasz właśnie kompilował Ewangelię (która powstała jako kompilacja materiałów Marka oraz Źródła Q) i Dzieje. Jeśli oni podróżowali razem - Paweł nie mógł nie wiedzieć o życiu i nauczaniu Jezusa (tym bardziej że przecież spotykał się z apostołami).

Gdyby nawet przyjąć, że Ewangelie zostały wymyślone później, a Dzieje powstały po roku 80. wtedy brak informacji o Jezusie w Dziejach nie daje się wyjaśnić - przecież redaktor mógłby "urozmaicić" mowy Apostołów o jakieś cytaty z Jezusa, podobnie jak "urozmaicał" wcześniejszą Ewangelię. To nawet logiczne - po co cytować ciągle ST, skoro można też samego Jezusa, szczególnie gdy mamy mowy wobec pogan albo przy okazji Soboru Jerozolimskiego i sporu o zachowanie Prawa (aż się prosi o fragment Kazania na Górze).

Jednak zbieżność tematyki w Dziejach i listach Pawłowych potwierdza, że:

  1. Apostołowie - zarówno ci, którzy znali Jezusa ziemskiego jak i późniejsi - głównie Paweł - skupiali się celowo na tematyce śmierci i zmartwychwstania Jezusa.
  2. I wcale nie oznacza to, że nie znali ziemskiego życia Jezusa, opisywanego przez Ewangelie.

Śpijmy spokojnie. Paweł niczego nie wymyślił. Ewangelii też nie wymyślono.

poniedziałek, 10 grudnia 2007

We wczorajszej Ewangelii jest spory ustęp o nauczaniu Jana Chrzciciela.

Zobaczywszy wielu faryzeuszów i saduceuszów, którzy przychodzili do niego po chrzest, powiedział:

- Żmije! Któż was zapewnił, że unikniecie zbliżającego się gniewu? Przynoście więc owoc godny nawrócenia, a nie wmawiajcie sobie: Abrahama mamy za ojca, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bóg może wywieść synów Abrahamowi. Siekiera już jest przyłożona do korzenia drzew. A każde drzewo, które nie rodzi dobrego owocu, będzie wycięte i w ogień wrzucone.

(Mt 3,7-10 BP)

Ksiądz na kole biblijnym opowiadał, jak często na kolędzie zdarza się, że słyszy kronikę rodzinną - mój ojciec był ministrantem, matka bardzo pobożna, a dziadek to prawie księdzem został. I pomyślałem, jak aktualne jest wciąż nauczanie Jana. Co mógłby mówić dzisiaj?

Przynoście więc owoc godny nawrócenia, a nie wmawiajcie sobie: katolika mamy za ojca i z rodziny katolickiej jesteśmy i do kościoła chodzimy, bo powiadam wam: Z tych kamieni Bóg może wywieść lepszych katolików... 

Samozadowolenie z faktu kim jesteśmy. Jakie to typowe.

Oczywiście jest też drugi koniec tej refleksji wynikający z przypowieści o celniku i faryzeuszu. Czy nie myślę pewnego dnia: "dobrze, że nie jestem jak ci niedzielni katolicy?". Grzech pychy atakuje niepostrzeżenie.

 
1 , 2
eXTReMe Tracker